wtorek, 1 października 2013


I wróciłam.

Jak pisałam - wycieczka rozpoczęła się po godzinie 19 w czwartek. Przesiadka w Malborku, prawie godzinne spóźnienie pociągu, nawiązanie nowych znajomości, kawa w Tczewie, znów przesiadka. Cholernie długa podróż do Bielska w tak różnych ułożeniach ciała, że zawstydziłabym niejednego akrobatę-gimnastyka. 11 godzin ciągnęło się niemiłosiernie, aż do pobudki w Katowicach. Stamtąd została mi zaledwie godzina. Godzina do pierwszego ( i nie wiadomo było jeszcze, czy nie ostatniego ) spotkania. Zdążyłam wysiąść i od razu rzuciła mi się w oczy kuderowa czupryna, postać dosyć wystraszona i zdezorientowana. Dostałam kwiatka, nie, nie tego ze zdjęcia. Słonecznik - pięknie narysowany, zalaminowany słonecznik, bo w sumie niepraktycznym byłoby targanie biednej roślinki 3 dni po górach i jeszcze z powrotem do domu. W planach miał oprowadzić mnie po Bielsku. Nie moja wina, że podróż spowodowała u mnie ogólne otępienie i brak chęci na cokolwiek poza zrzuceniem wielkiego plecaka. Skończylo się to odnalezieniem Bolka i Lolka oraz przypadkowo Reksia, bo jak mówił - to wytwórnia w tym mieście stworzyła taki klasyk. Następnie odnaleźliśmy przystanek autobusowy, skąd udaliśmy się na Szyndzielnię, by nabawić mnie zawału na kolejce linowej. Z Szyndzielni skierowaliśmy się na Klimczok ( o czym w sumie nie zdawałam sobie na początku sprawy, nie wiedziałam też, że po górach chodzi się tak strasznie i że cała droga, do jasnej cholery, jest wyłożona kamieniami ). Widoki piękne, jeszcze piękniejszy widok schroniska, w którym mogłam niedługo potem odpocząć. Zjedliśmy, wynajął pokój nr 1, po czym pozwolił mi uciąć sobie drzemkę. Ta, pozwolił. W sumie i tak mu zasnęłam, trzeba mnie było tak nie męczyć. Noc spędzona pozytywnie, nawet nie wiem kiedy zasnęłam. O dziwo woda była ciepła, w pokoju gorąco, a choć nie donieśli nam pościeli, to się wyspaliśmy. Uroki schroniska. Rano oznajmił mi, że zejdziemy do Szczyrku. Z jednej strony chciałam poprosić go, żebyśmy zostali w Klimczoku, bo nie chciało mi się iść, z drugiej chciałam zobaczyć jak wygląda takie typowe górskie miasteczko. No i się nie zawiodłam. Było PIĘKNIE. Wszędzie góry, oscypki (!) i " góralskie " zdobienia na chatach i restauracjach. Nie obeszło się bez zjedzenia pizzy i ulubionej greckiej sałatki oraz noclegu w mega-super-hiper zimnym pokoju. Za przytulanie w tamtych chwilach serdecznie dziękuję. Dzień drugi minął więc na spacerach po Szczyrku, również tych nocnych, piciu czekolady i jedzeniu pysznego barszczu. W pokoju doszło nawet do poważnych, egzystencjalnych rozmów, podczas których udało mi się zasnąć, ha! Trzeciego dnia poszliśmy na góralską pizzę. Niby dobra, ale czekaliśmy łaskawie 40 minut, bo piec nie chciał się nagrzać. Uciekł nam autobus i przytulona musiałam marznąć przy tobie na tej śmiesznej ławce zbliżającej ludzi. Pojechaliśmy do BB, wpadliśmy do ciebie, poznałam twojego tatę, bo mama uciekła ( przerażona! ), kumpli i trzy lipki, o których tyle opowiadałeś. Myślę, że to był mój najlepszy weekend. Płakałam odjeżdżając, w sumie płakałam jeszcze przed wejściem na peron ( o zgrozo, jaka beksa ), a gdy tylko puściłeś moją rękę rozwyłam się na dobre zamykając się w przedziale i w spokoju przeczekując następne 2h aż płacz sam minie. Dziękuję ci za wszystko, było niesamowicie. I owszem, kocham cię. Rzucam morze, wyprowadzam się w góry. Do zobaczenia.